PRZEPROWADZKA, piątek, 6 sierpnia 2010 19:41:27
TUTAJ JESTEM.
zamyślił się Król.
uwertura bądź też wielki powrót, niedziela, 23 maja 2010 18:29:44
Pora wyrzygać pestkę, bo jeszcze wyrośnie nam tam w brzuchu jakieś drzewo i wyklują się motyle. Będą obijać się swoimi trzepoczącymi skrzydełkami o ściany żołądka, doprowadzając do nieprzyjemnych skurczów, braku apetytu czy innych dowodów zauroczenia. Przestanę chyba spać. Jakiś artysta malarz narysował mi Ciebie pod powieką i nie mogę skupić się na ciemności. Zdaje się, że przebywasz teraz w jakiejś ważnej synapsie, a może to Ty napędzasz moje serce, by pompowało krew szybciej. A może jesteś siłą mojej wyobraźni.
W myślach rozbierałam Cię już nie raz, a jednak się wstydzę. Różne lubieżne czynności z miłym akcentem na przemoc bawią zdecydowanie moje mniej świadome ego, co nijak ma się do rzeczywistości. Schizofreniczne wizje chorej fizyczności krążą jak ten komar w nocy po pokoju, co nie daje zasnąć. Tylko jak je zatłuc?
Retoryka uderza pięścią w twarz i słychać tylko chrzęst łamanej kości, bo już nie odpowiada nic innego na te złudne prośby. Przepraszamy, ale, z wyrazami szacunku, dziś możesz się pierdolić. Czemu te słowa brzmią tak negatywnie? Czy jesteśmy z góry skazani na niepowodzenie?
Siedzę na chodniku gdzieś przy al. Ujazdowskich w tym mieście o barwach niebieskich, co to rozlewają się od strony rzeki i zaraz się w nich utopię. Ten metaforyczny smutek zdaje się zalewać nasz cały postkomunistyczny kraj. Nic nie powstrzyma tej reakcji łańcuchowej. Ktoś wkurwił Zeusa, albo to nasz katolicki Bóg znów przywdział koronę i stroi sobie z nas żarty. To jakaś boska komedia, lecz bardziej w wydaniu Grochowiaka niż Dantego. Ktoś podaje mi rękę, czy to trumienka? Odtrącam ją szybko, kiepska ze mnie tancerka. Potykam się o własne nogi, alkohol zaburza poczucie równowagi i stabilności psychofizycznej. Nie mam ochoty na żadne danse macabre, ani inne przedstawienia. Aktorka też ze mnie żadna.
zamyślił się Król.
ruminacje, wtorek, 6 stycznia 2009 19:39:36
Skrzypek uderza mroźnym smyczkiem w struny, lecz Zima nie nadchodzi. Po szybie spływa kropla deszczu, gdzieś między zrozumieniem a złą percepcją, gdzie zostawiliśmy swe umysły. Zawieszam się między życiem a stanem mdłej podświadomości, w której znika obraz ogółu świata.
Kofeina mnie nie pobudza, a mięśnie leniwie odmawiają posłuszeństwa. Mętnym wzrokiem dotykam światła na końcu tunelu, gdzieś na końcu wspomnień. Błogostan nieodwracalnie minionych godzin zatrzymuje akcję serca i nie wiem już, czy umarłam z bezradności, czy to tylko zimowy sen. Teraźniejszość wyklucza przeszłość, a jednak nietrwale spotykam siebie sprzed lat każdego dnia.
Ktoś przewidział ten czas, choć poranki nie schodzą spod ciężkich rzęs, a gęsty kłąb dymu rozrywa ciszę na dwa głosy.
____
Tekst nieaktualny: zima przyszła.
zamyślił się Król.
żółknięcie, wtorek, 28 października 2008 19:53:21
Zmęczone miasto otwiera powolnie swe oko, całe drży i skamle, bo z drzew spada zblazowanie. Szelest winy nie mieści się w ustach, choć po kamień nikt nie sięga, a żółknięcie sukcesywnie wyciska z sumień moralne kace, wyrywa serca i skacze do oczu. Oto domy boże, krew w butelkach i mleko na chodniku: ktoś obiecał rewolucję, lecz w atmosferze unosi się mea culpa, a trunki przewidywalnie staniały.
Wiatry wyją, niebo płacze - zamknęliście się w kokonach, a ja kruszę stopami październikowe liście i słucham ich szeptów. Ludzie bez opamiętania karmią się swoimi banialukami, rozdrabniając ich bezsens lepkimi palcami, choć na twarzy wypisane mają postanowienie śmierci.
zamyślił się Król.
a moon of alabama, czwartek, 25 września 2008 10:47:11
Siedzę pod czarnym niebem i liczę gwiazdy, które muszą spaść na głowę, bym zbudziła się z codziennych snów. Mam wyżęte z umiejętności słuchania uszy, zaklejone nieprawdą oczy i połamane ręce. Nozdrza wypełnia zapach padliny - to przez okno wpada zimny wiatr, a z twarzy wycieramy kwaśny deszcz. To niechybne preludium zimy, które od dawna chowa się w żebrach, to nagły wstęp do świata oziębłych pocałunków składanych na zimnych jak lodowate sople policzkach.
Gubię się w trawach, gdzieś między niebem a piekłem, a przecież to tylko dwa piętra od ziemi. W palcach trzymam papierosa, chowam twarz w dłoniach, chcę być tylko wymysłem Boga, wiatrem chłodzącym rozgrzane serca, chcę palić i wydychać ludzkie dusze, a tymczasem wydycham samą siebie.
Mów szeptem, gdy zbudzisz moje demony, nie pytaj, co się ze mną stało, przecież nie potrafię rozmawiać z własnym cieniem. Nie ma sensu, bym sobie wierzyła, kiedy wiem, że kłamię.
zamyślił się Król.
wieża Babel, czwartek, 11 września 2008 20:16:39
Krople deszczowych dni spadają z ciężkich chmur na chodniki, ulice, na komary na ustach; zamykam oczy i wyglądam na zmęczoną, a w głowie mam burzę powątpiewań, powrotów, strat. Choć nie pamiętam nocy, sny przynoszą smutne słowa, które straciły słony posmak. Rutyna przestała uderzać twardo w policzki, absolut przestał być oczywistym na cześć tego, co być miało, a dziś wypada ze złożonych w garść dłoni.
Słodka Śmierci, zostawiłam zapach włosów na cudzych poduszkach, możesz mnie wziąć ze sobą, choć jestem istotą stworzoną przez siły wyższe, które rozdzieliły nas w Babel.
zamyślił się Król.
deszcze, piątek, 1 sierpnia 2008 10:46:48
Wyciągam dłonie w stronę ulicznych świateł, łapię na język ciężkie krople deszczu. Cieszą mnie samotne spacery; martwią bezpańskie noce, gdy wiatr otula twarz beztroskim tańcem. Wspomnienia wydycham z powietrzem, zamieniasz się w parę wodną i osadzasz na soczewkach.
Czasami wydaje mi się, że musisz być blisko, bym mogła zakleić uśmiechem codzienny grymas, czasami nie mogę zasnąć. Sny przynoszą mi złudzenia, którymi zwykłeś mnie karmić, lecz teraz głód wysysa ze mnie moje życie. Miało należeć do Ciebie, a zostałam z nadilością nadziei, naiwności, czasu i ciszy. Zostawiasz cień na ścianie i szmery pod kołdrą; światło w suficie mruga do mnie okiem, bym szła za nim, ale nie mam siły wstać. Wspomnienie o Tobie zaczyna się i kończy z pierwszym papierosem wypalonym późno w noc; zamykam oczy dopiero o świcie, gdy sen głaszcze mnie dłonią po włosach, a Twoja twarz znika za oknem.
zamyślił się Król.
dachy, czwartek, 10 lipica 2008 15:20:37
Brązowe motyle sennie tańczą nad ciężkim umysłem. Gęstość powietrza zamyka powieki, wyrywa rzęsy i rozrzuca wokół bezwładnego ciała, w którym mieszkam. Ciszę przecina znudzona wskazówka, czas wypada z rąk, echo odpowiada głuchym krzykiem. Myśl o Tobie doprowadza mnie do szaleństwa, możesz ciągnąć za wszystkie sznurki, które przyszywałeś do mnie latami, wziąć za rękę do snu, gdzie umrzemy.
Deszcz zmył złość, cisza uśpiła głuchą kołysanką arytmię naszych serc, chodzisz na palcach i nie oddychasz, ciemność odkrywa przeźrocze Twoich dłoni. Stoimy na dachu, tańczymy z powietrzem, spadamy, kości pękły na milion kawałków białego pyłu, przyszła zima. O świcie wychodzisz bez słowa, zostawiasz smutny posmak w ustach i mokre policzki, którymi przylepiam się do szyby w oknie. Ciszę przecina spocona wskazówka, czas zabrałeś razem z moim sercem, po którym zostało mi tylko głuche echo w żebrach.
zamyślił się Król.
stairway to heaven, piątek, 27 czerwca 2008 12:38:55
Kurz wznosi się z ubrań w wewnętrznym chaosie; czas rozczesać moralne kołtuny, zmyć ze skóry swoje ego, otulić ciepłym ramieniem duszę na do widzenia. Możesz ostatni raz zacisnąć dłoń na szyi mego samozachowania, lub być narkotykiem w złotej dawce. To nieistotne.
Grawitację duszą rozumy z nullem po człowieczeństwie, którym rzygamy w cudze dłonie, w dzień dziurawych serc, obszarpanych zwierzęcymi, łakomymi zębami.
Wepchnij mi do gardła ostatnie słowo, niech zdławię ostatni krzyk, przełknę złość, a potem rozsadzi mnie nienawiść do świata i miłość do siebie. Wystukaj mi w pustą ścianę sekundy do zniknięcia, skład powietrza: siedemdziesiąt osiem procent trucizny prosto z Twojego serca, dwadzieścia jeden procent pewności siebie, jeden procent obietnic, że kiedyś odnajdę Cię w pajęczynie utkanej dla niebios.
Kraków – miasto piekło, stolica kalekich serc i gwiazdozbiór pyłu z potrzeb wyblakłych ciał. Wciąż kaleczymy się wrzecionem, na którym tkamy niebieskie koronki dla bogiń o mlecznobiałej cerze, które zaprowadzą nas do diabła.
zamyślił się Król.
love will tear us apart, wtorek, 3 czerwca 2008 14:48:20
Słońce bezdźwięcznie tańczy wokół osi, niezauważalnie wschodzi i zachodzi, a ja nie mam sił, by podnieść ciężkie powieki o poranku. Dni przesiąkły złudzeniami i zżółkły od papierosów, których nie lubisz, a noce przynoszą krótką ulgę. Patrzę w przestrzeń, lecz nie widzę; słucham, ale nie chcę słyszeć niepewności Twoich słów. Nie ma mnie, może nigdy mnie nie było, a może umarłam, by kiedyś znów się narodzić z tabulą rasą, zamiast Ciebie. Wysyłam prośby do gwiazd, by szepnęły Ci przed snem o moim świecie, do którego nie wchodzisz nawet boso. Kiedyś chciałeś mnie całą, dziś już mogę odejść.
zamyślił się Król.
gorycz otwartej rany, piątek, 16 maja 2008 22:35:10
Kwadraty sympatii i sześciany nienawiści, gdy świst ciszy przerywa odgłos gryzionych paznokci. Sinusoidalnie jest dobrze, mamy swoje własne kręgosłupy i skórę, z której wysysamy krew na własne życzenie. Łykamy swoje sumienia, delektując się cudzymi żołądkami, choć od dawna zwisamy na własnych jelitach, wciąż będąc górą.
Śmiech szyderców uderza w bębenki, zęby rwą kości ze stawów, dławimy się i krztusimy. Jesteśmy pożeraczami mięsa, a naszą pożywką są ludzkie serca.
zamyślił się Król.
shine on you crazy diamond, wtorek, 25 marca 2008 13:19:23
Z utęsknieniem słuchamy o bohaterach, którymi chcieliśmy zostać, będąc jedynie szarym pasożytnictwem i gorszym gatunkiem człowieka. Nie różnimy się niczym od praprzodków, którzy stanęli do pionu z ciekawości horyzontu, za którym inni wiodą lepsze życie. Zmierzamy tam, lecz co krok cofamy się o dwa, widząc twarze naszych przyjaciół, tych zaniedbanych, niedocenionych i odepchniętych, gdy wyciągali pomocne dłonie. Chcieliśmy połykać całe nadgarstki, mieć wszystko i jeszcze więcej, myśląc biorę, nie daję. Mieliśmy wiele planów, wiele nadziei i marzenia, o które przestaliśmy walczyć, rezygnując także z siebie. Chcieliśmy mieć cały świat dla siebie, a tymczasem świat połknął nas żywcem.
Z Drzewa Poznania Dobra i Zła nadal zrywamy tylko soczyste owoce, kusząc wściekłego Adama, choć wcale nie chcemy z nim grzeszyć.
zamyślił się Król.
are you the rabbit? // warszawa - kraków - warszawa, sobota, 23 lutego 2008 18:48:04
Karmię się bezsennością, by rano podnieść ciężkie powieki i zanurzyć stopę w realności, którą znam od zawsze. Krakowskie konie, podkrakowskie domy i warszawskie papierosy w doborowym towarzystwie z trzech innych światów, w których nie potrafię zmrużyć oka do późnych pór nocnych. Staram się ucieleśniać cudze marzenia na miarę swoich, choć ich istnienie zaczynam podawać w wątpliwość. W powietrzu unosi się coś, co nie pachnie naszymi czasami, i muszę to wdychać godzinami, choć nie wiem, czy chcę.
Warszawa sukcesywnie przypomina o zasadach natury w swej miejskiej dżungli, podczas gdy grawitacja wygrywa ze stabilnością naszych nóg. Wiem, że nie wiem nic o prawach miłości, w którą chcesz ze mną grać i mówisz o tęsknocie, którą zapalasz nocą na niebie. Bawimy się w polowanie na białe króliki, ale każde z nas to ofiara nieprawdy. Otwieram przed Tobą ramiona miłości, a Ty łamiesz mi żebra, by dorwać mi się do serca.
zamyślił się Król.
slowly death, wtorek, 29 stycznia 2008 15:51:13
Zadymione królestwo ciała organicznego, którego głównym składnikiem, nieprzerwanie, od zawsze na zawsze, apetycznie zbita masa tłuszczowa. Porażone nerwy i kaleki instynkt samozachowawczy, obgryzione paznokcie i kilka blizn na nadgarstku. Szczęśliwie radosna, pozbywszy się fałd brzusznych i ostatecznie mózgownicy, przestanę pulsować i rozgrzewać zamarznięte zimą skamieniałe serce. Mięśnie nie poderwą do ruchu, żołądek nie strawi nikłych kalorii, kręgosłup nie ugnie się pod ciężarem wątpliwej moralności. Czterdzieści kilo waży mój rozum, każda kość dusi się pod wpływem grubej skóry. Kantem miednicy skaleczę zdrowie, pustką osamotnię żołądek, a z rozsądku zrobię sobie paralotnię.
zamyślił się Król.
show me the way to the next whisky bar, piątek, 4 stycznia 2008 22:01:40
Przestałam być monarchą swoich myśli, by namacalnie nie sięgnąć absolutu nigdy. Małą apokalipsą stała się autodestrukcja procentu siebie w sobie, drogą do piekła każdy grzech i kopanym pod moimi stopami dołem niezaćmione czasem i niepamięcią wydarzenia. Samotność przyszłościowo wypełnią antydepresanty i 150 megagramów dekstrometorfanu, a zbieranie kołaczy zastąpi siedem przestępstw głównych.
zamyślił się Król.
*,,Futurism: A Modern Girl'', Mozilla Firefox.